Stanisław Wyspiański – „Wyzwolenie”

Książka na tle Sukiennic

 

Więc to tutaj (…). Tam pod sklepieniem zatrzymuje się myśl polska. Oto tam jej najwyższy kres. – A tu ku murom i ścianom zapylonym patrzcie, to najszerszy myśli polskiej lot. Widzicie  więc, jakie polska myśl ma skrzydła. Jest ci ona tym ptakiem, który tu jest zamkniony i skrzydłami bije o kamień kolumn tych ciosany, i skrzydłami trąca te rycerze pośpione”[1]. 

 

Gustaw, niefortunny kochanek, który dotkliwie cierpi wskutek nieszczęśliwej miłości, zamienia się w trzeciej części „Dziadów” Adama Mickiewicza w Konrada – patriotę i poetę, który wyznaje ideały mesjanizmu i zacięcie walczy o niepodległość swojego zniewolonego narodu.

Mickiewicz powołał Konrada do życia w ściśle określonym kontekście historycznym – w latach trzydziestych XIX wieku. Cóż by się jednak stało, gdyby ten tragiczny bohater powrócił kilka pokoleń później, na początku ubiegłego stulecia? Jaki naród by zastał? Czy doszedłby do wniosku, że to, o co walczył, wydało plony? I jakiego rodzaju to plon?

Te pytania musiał zadawać sobie Stanisław Wyspiański, gdy w 1902 roku, w odpowiedzi na miano czwartego wieszcza, jakie nadano mu po opublikowaniu „Wesela”, pisał dramat w trzech aktach, zatytułowany „Wyzwolenie”.  

Oto mamy wieczór. W kościele właśnie dobiegły końca nieszpory, a drzwi krakowskiego teatru jeszcze nie otworzyły się na oścież. Kurtyna nie podniosła się, „gazu i ramp nie świecono” (s. 7). Ktoś jednak zakradł się do środka, okryty czarnym płaszczem, z kajdanami na rękach. To Konrad.

„Idę z daleka, nie wiem, z raju czyli z piekła. Błyskawic gradem drży ziemia, z której pochodzę, we krwi brodzę” (s. 8) – przedstawia się. I już te pierwsze słowa dają przedsmak podniosłości, która będzie towarzyszyć osobom dramatu we wszystkich trzech aktach „Wyzwolenia”.

„Przychodzę wprząc was do dzieła” (s. 9), mówi Konrad, a Muza, która pojawia się wkrótce potem, skłania go do stworzenia spektaklu na temat Polski. I właśnie ten spektakl, toczący się na deskach teatru w Krakowie, jest rozliczeniem się Wyspiańskiego z sytuacją w Polsce, tudzież z ideałami romantyzmu. Gorzkie to rozliczenie. Bolesne pod każdym względem.

Naród – reprezentowany przez takie postacie jak Karmazyn, Hołysz, Prezes czy Przodownik – okazuje się podzielony, skonfliktowany, bierny i niezdolny do czynu.

„Batogiem gnałeś chłopstwo w pole, przez pierś im szedł twój złoty pług. Dziś umiesz z pychą znieść niedolę” (s. 27), zarzuca Hołysz Karmazynowi. A Przodownik woła: „Nie patrzmy poza nasz stół, nie patrzmy; jeno braterskie sprzęgnijmy ręce i krzyczmy, krzyczmy: Polska!” (s. 31).      

Wzniosłe hasła to jedynie puste frazesy, górnolotne formuły, niemające pokrycia w rzeczywistości.

„Myśleć nad Polską i Słowiańszczyzną i snuć ją w mgłach oparnych z łąk i w złotym tęczy łęku (…), z pól o smutnawym wdzięku, w znaczącym załamaniu rąk i spojrzeń głębi… (…) O, to jest wszystko, co my na razie umiemy” (s. 64).

Nadmierne filozofowanie gubi naród, a romantyczne ideały zawodzą, kapitulują w starciu z rzeczywistością:

„Romantyzm sobie buja, wodzi,

coraz to wyżej, nie dba nic,

a światek coraz niżej schodzi” (s. 13).  

Jak wcześniej w „Weselu”, tak i w „Wyzwoleniu” Stanisław Wyspiański bierze pod lupę postawy rodaków i dokonuje trzeźwego obrachunku. Rewiduje mesjanizm, rozprawia się z (tak drogim Mickiewiczowi) mitem o szczególnym posłannictwie Polski, a robi to w sposób iście romantyczny – podniośle, uroczyście, z emfazą.   

„Wyzwolenie” jest dramatem symbolicznym i, w istocie, roi się w nim od symboli wszelkiej maści: literackich, biblijnych… Mnożą się odwołania do religii, a przede wszystkim – do romantyzmu. Na pierwszy plan wysuwa się, rzecz jasna, Konrad, kreowany na Prometeusza, który niesie ludziom ogień, i nazywany jest „czterdzieści i cztery”, ale pojawiają się również inne romantyczne postacie – na przykład Lilla Weneda, Anhelli. Jest nawet nawiązanie do „Genezis z Ducha” Juliusza Słowackiego.

Ten gąszcz symboli i odniesień – a są tam również odniesienia do historii, filozofii, starożytności, współczesnej Wyspiańskiemu sceny politycznej… – sprawia, że lektura jest bardzo wymagająca. Trzeba dobrze znać sztandarowe dzieła polskiego romantyzmu, a także niegdysiejsze uwarunkowania polityczno-społeczne, żeby nie uronić którejś z aluzji i jeśli nie w pełni, to przynajmniej w przybliżeniu pojąć sens dramatu.

To zdecydowanie nie jest książka, którą czyta się „do poduszki”, lecz ambitne, wymagające skupienia dzieło, którego zrozumienie nam, współczesnym czytelnikom, może nastręczać niemałych trudności. Z drugiej strony, Wyspiański zawarł w tym utworze prawdy, które do dziś pozostały zadziwiająco aktualne i raczej się nie zdezaktualizują.

„Tak upływa nam życie nasze. Synowie nasi zburzą, co my budujemy. Burzymy, co zbudowali ojcowie nasi” (s. 11–12), czytamy.  

A w innym miejscu: „U nas jest kraj gościnny. No, tak się zmieści każdy złodziej” (s. 87).

I jeszcze: „Reklama! półśrodek konieczny. Oto rzeczy wieczystych porządek odwieczny: przez chwilę na koturnach – resztę czasu boso…” (s. 159).  

Wśród przymiotów „Wyzwolenia” należałoby ponadto wymienić pomysł na tekst – koncepcja teatru w teatrze jest niezmiernie ciekawa. Na uwagę na pewno zasługuje język. Wyspiański pisze z patosem, w sposób podniosły i dość zawiły, ale łatwość, z jaką rymuje, jest uderzająca, a przepiękne, bogate słownictwo sprawia, że chce się czytać kolejne sceny. I właściwie można by przez nie płynąć… gdyby lektury co i rusz nie spowalniała obfitość symboli.

Czy polecam tę książkę? Zdecydowanie polecam. Jednakże przed przystąpieniem do lektury warto byłoby powrócić do dzieł polskich romantyków, w szczególności do trzeciej części „Dziadów”. „Wyzwolenie” jest trudne samo w sobie, ale bez zaplecza w postaci znajomości Mickiewicza jego zrozumienie jest praktycznie niemożliwe.

 

 

 

Wydawnictwo Literackie

Kraków 1987

7/10



[1] Stanisław Wyspiański, Wyzwolenie. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 49.

Komentarze

  1. Dziękuję za recenzję tak ambitnej książki. Nie wiem, czy to lektura dla mnie, ale doceniam wartość Twojego tekstu. "Noc listopadowa", która współtworzy tomik, też będzie zrecenzowana? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. To ja dziękuję - za tak miły komentarz. Utwór rzeczywiście nie jest łatwy i z pewnością trzeba mieć odpowiedni nastrój, żeby po niego sięgnąć i cieszyć się lekturą. Chyba jednak warto spróbować...
    Myślałam o powrocie do lektury "Nocy listopadowej', którą czytałam przed laty, i kiedyś na pewno się na to zdecyduję, ale nie będzie to chyba zbyt prędko ;)
    Pozdrawiam serdecznie i życzę dobrego weekendu..:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za bardzo merytoryczną i zachęcającą do lektury recenzję. :) Dawno temu próbowałam przeczytać ten dramat i nie dałam rady, bo wydał mi się za trudny. Może czas do niego wrócić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja dziękuję za budujące słowo. Nie dziwię się, że czytając, mogłaś poczuć się zniechęcona - to specyficzna książka. Bardzo narodowa, podniosła w tonie i rozdrapująca rany. Mam nadzieję, że drugie podejście okaże się bardziej udane. :)

      Usuń

Prześlij komentarz