Virginia Woolf – „Pani Dalloway”

Książka, obok lampa i świecznik

Ale już samo to, że jeden dzień następuje po drugim – środa, czwartek, piątek, sobota; że człowiek budzi się rankiem, widzi niebo, że idzie przez park, spotyka Hugha Whitbreada, że przychodzi Piotr, że są te róże… to wystarczy. jak nieprawdopodobna wydaje się po tym śmierć! I że życie musi się skończyć! Nikt nie będzie wiedział, jak ona je bardzo kochała; jak bardzo, każdą sekundę…”[1].  

 

„Pani Dalloway” to powieść angielskiej pisarki Virginii Woolf, wydana po raz pierwszy w 1925 roku. Książka przedstawia jeden dzień z życia tytułowej bohaterki, Klarysy Dalloway.

Jest czerwiec 1923 roku i w domu Klarysy, położonym w londyńskiej dzielnicy Westminster, wrą przygotowania. Właśnie tego wieczoru ma się tam odbyć przyjęcie. I to nie byle jakie przyjęcie – wśród zaproszonych znajdują się przedstawiciele wyższych sfer Londynu: prawnicy, lekarze, artyści, arystokraci, politycy… Być może zjawi się nawet premier we własnej osobie. Jednym słowem, śmietanka towarzyska. Klarysa należy bowiem do tak zwanych wyższych sfer. Jest mąż, Ryszard, zasiada w Izbie Gmin i choć wszystko wskazuje na to, że nie ma szans na wspięcie się jeszcze wyżej po szczeblach politycznej kariery (a nie brakuje takich, którzy mniej lub bardziej otwarcie obwiniają o to Klarysę), to i tak jest człowiekiem, który wiele może i z którym należy się liczyć. Ryszard kocha swoją żonę, troszczy się o nią (gdy Klarysa wraca do siebie po jakiejś bliżej nieokreślonej chorobie, dba o to, żeby nie zakłócać jej spokoju późnymi powrotami z parlamentarnych posiedzeń) i pani Dalloway byłaby właściwie w pełni szczęśliwa, gdyby jej spokoju nie mąciła myśl o przemijającym czasie. Klarysa niedawno skończyła pięćdziesiąt dwa lata i czuje, że oto zbliża się dla niej zmierzch. Wie, że życie nieubłaganie przemija i że „ta reszta, która jej jeszcze została, nie będzie się już wydłużać, rozciągać, nie będzie absorbować, jak w latach młodości, barw, soli, tonów istnienia” (s. 38).     

Klarysę niepokoi coś jeszcze. Oto człowiek, z którym kiedyś była związana, powraca do Londynu po długim pobycie w Indiach i właśnie w dniu przyjęcia składa pani Dalloway wizytę. Jego odwiedziny stają się pretekstem do rozważań o przeszłości, do rozmyślań o tym, co było, a także o tym, co mogłoby być, gdyby Klarysa nie porzuciła Piotra dla Ryszarda.

Równolegle do historii tytułowej bohaterki toczy się inna historia. Setimus Warren Smith przebywa w parku ze swoją włoską żoną, Lukrecją. Septimus jest weteranem wojennym. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, jako jeden z pierwszych zgłosił się na ochotnika i „pojechał do Francji bronić Anglii”, na którą w jego młodej głowie „składały się niemal wyłącznie dramaty Szekspira i panna Izabella Pole, przechadzająca się w zielonej sukni po skwerze” (s. 107). Septimus przeżył wojnę, ale choć nie stracił życia, stracił wewnętrzny spokój i wiarę w ludzi. Nabawił się zespołu stresu pourazowego. Opisy jego zmagań z chorobą i halucynacji – sugestywne, a chwilami wręcz wstrząsające – zajmują w powieści poczesne miejsce.  

Klarysa Dalloway, mimo że jej nazwisko znalazło się w tytule, nie monopolizuje więc uwagi czytelnika. Można by nawet uznać, że tytuł jest mylący: narracja w powieści Virginii Woolf jest w gruncie rzeczy wielogłosem. Bohaterowie – Klarysa, Piotr Walsh, Ryszard Dalloway, Septimus Warren Smith, Lukrecja, Sally Seton, panna Kilman i inni – mijają się albo spotykają ze sobą, połączeni mniej lub bardziej gęstą siecią powiązań. Każdy z nich inaczej zapatruje się na to, co się dzieje, ma inne spostrzeżenia, poglądy, priorytety. Czasem jedna sytuacja ukazuje się nam w różnych odsłonach – w zależności od tego, kto się jej przygląda. I ta wielogłosowość, jakkolwiek wymaga od czytelnika bezustannej koncentracji, jest jedną z największych zalet powieści.

Można by pomyśleć, że osoba, która użyczyła nazwiska tytułowi, musi odznaczać się jakimiś niepospolitymi przymiotami. Nic bardziej mylnego! Klarysa Dalloway nie błyszczy inteligencją, nie olśniewa urodą ani dowcipem, „nie umie ani myśleć, ani pisać, ani nawet grać na fortepianie. Mylą jej się Armeńczycy z Turkami; pragnie powodzenia, nie cierpi niewygody, chce, aby ją wszyscy lubili, mówi tysiące głupstw i do dziś nie ma pojęcia, co to właściwie jest równik” (s. 154). Jednym słowem, jest zupełnie pospolita. Niepospolity jest natomiast sposób, w jaki Virginia Woolf przedstawia tę bohaterkę -  i wszystkie inne występujące w powieści postacie. Stosując technikę strumienia świadomości, odsłania przed nami ich wnętrze, ich refleksje, uczucia i obawy. Czytając, podążamy za tokiem myśli bohaterów, które nie zawsze biegną jednym torem. Czasami jakiś drobny incydent wywołuje falę wspomnień i obrazów z przeszłości, a jedno spotkanie albo zasłyszane gdzieś słowo staje się pretekstem do dywagacji na rozmaite tematy – niekiedy błahe, ale przeważnie bardzo istotne: życie, śmierć, upływ czasu, miłość w różnych jej odcieniach, choroba umysłowa, szaleństwo.

Powieść, choć stosunkowo niewielka, wcale nie jest łatwa w odbiorze. Nie należy do tych książek, które czyta się jednym tchem. Przedstawiając przemyślenia bohaterów, angielska pisarka zmusza nas do własnych przemyśleń, wymaga intelektualnego wysiłku. Nagrodą za te „trudności” jest rzadkiej urody język, pełen niebanalnych metafor, kunsztowna kompozycja, a także wplecione w tekst maksymy; na przykład: „lepiej wybuchnąć jasnym płomieniem i zgasnąć niż tlić się płomykiem ogarka” albo „to marnotrawstwo nie mówić nigdy o tym, co się czuje” (s. 146).

„Pani Dalloway” to piękna, momentami wręcz zachwycająca powieść. Virginia Woolf nie jest szczodra: pozwala nam obserwować życie bohaterów zaledwie przez jeden dzień. Lecz jest to obserwacja tak wnikliwa, tak głęboka, że jej efekty pozostają z nami na długo.

Wobec tej książki – mimo że jej fabuła jest w najlepszym razie szczątkowa, a zwroty następują niemal wyłącznie w głowach bohaterów – nie można przejść obojętnie.

Gorąco polecam miłośnikom literatury przez duże „L”.    

 

 

 

Wydawnictwo Znak

Kraków 2003

Tłumaczyła Krystyna Tarnowska

8/10



[1] Virginia Woolf, Pani Dalloway, tłum. Krystyna Tarnowska. Wydawnictwo Znak, Kraków 2003, s. 154.

Komentarze