„To jest Ales, myśli on i widzi to, on to wie. To jest Ales. To Ales, myśli, jego praprababka, wie to na pewno. To Ales, po której dostał imię”[1].
Jest marzec 2002 roku, czwartek. W domu nad fiordem, gdzieś w Norwegii, Signe leży na ławie. Poza nią nie ma w domu żywej duszy; i tak być powinno, bo „ona przecież chciała, żeby tak było, chciała mieszkać w miejscu, gdzie nie mieszka nikt inny, gdzie ona i on, Signe i Asle, mogli być jak najbardziej sami, w miejscu opuszczonym przez wszystkich innych” (s. 6).
Signe leży i wspomina wypadki, które na zawsze odmieniły jej życie: ponad dwadzieścia lat temu, w pewien wtorkowy wieczór w listopadzie 1979 roku, jej mąż, Asle, wyszedł z domu, wypłynął łódką na morze i już nigdy nie wrócił.
Tak rozpoczyna się książka Jona Fossego pt. „To jest Ales”. Dla tych, którzy znają eksperymentalną prozę norweskiego laureata Nagrody Nobla, ten nieobszerny tekst z pewnością nie będzie zaskoczeniem. Fosse ponownie sięga po technikę strumienia świadomości – jak w „Białości” czytelnik śledził tok myślenia bezimiennego mężczyzny, który wybrał się na przejażdżkę samochodem i trafił do skutego mrozem lasu, tak w „To jest Ales” zostaje rzucony w wir myśli Signe. „Odkąd on zniknął i przepadł, nic już nie jest takie samo, ona po prostu tutaj jest, wcale tu nie będąc, dni nadchodzą, dni odchodzą, noce nadchodzą, noce odchodzą, a ona im towarzyszy” (s. 5). Z myślami jest podobnie, one również nadchodzą i odchodzą. Wspomnienia, reminiscencje z dawnych lat, refleksje… wszystko to przypływa i odpływa, przemija i powraca, tworząc – bezładną z pozoru – plątaninę.
Utwór składa się z prostych obrazów. „Widzę Signe, jak leży na ławie w izbie i patrzy na wszystko to, co zwyczajne, na stary stół, piec, skrzynię z drewnem, starą boazerię, duże okno wychodzące na fiord” (s. 5). Narracja jest utkana ze scen z codziennego życia. Oto kobieta siedzi przy piecu i robi na drutach ciepły sweter dla swojego męża. Oto mężczyzna stoi w oknie i wpatruje się w spowity ciemnością świat za szybą. Oto dziecko pomaga babci nieść torbę z zakupami, a matka z przejęciem tuli do piersi przemarzniętego synka. Wszystko to jest proste i zwyczajne. Niezwyczajny jest za to sposób, w jaki Fosse umiejscawia te obrazy na osi czasu.
Granica między tym, co jest, a tym, co było, zaciera się niemal całkowicie. „Wszystko jest takie, jak było, nic się nie zmieniło, a jednak wszystko jest odmienione, myśli Signe” (s. 5). W izbie, w której bohaterka leży na ławie, nie ma żywej duszy. Są w niej natomiast duchy przodków. W domu nad fiordem, w którym żyli Signe i Asle, mieszkało pięć pokoleń rodziny Aslego: jego praprababka Ales, jej dzieci, wnuki i prawnuki… Jeden z wnuków Ales, Asle, w dniu swoich siódmych urodzin otrzymał drewnianą łódkę, na której utopił się w zatoce. Mąż Signe dzielił z nim imię, a po wielu latach podzielił również tragiczny los. W tekście Fossego, głęboko onirycznym i mrocznym, zapętlają się więc nie tylko myśli, lecz także płaszczyzny czasowe i zdarzenia. Przepiękna jest scena, w której znakiem upływu czasu jest kolor włosów. „Widzi (…) siebie, jak siedzi na krześle przy piecu (…) i robi na drutach ten czarny sweter, w którym on prawie zawsze chodzi (…), myśli i widzi, że jej włosy są czarne i długie, i gęste, kiedy tak siedzi, i że trochę się kręcą (…), i znów patrzy na ławę i widzi siebie leżącą na ławie, a jej włosy posiwiały, ale ciągle są długie, długie i siwe” (s. 19).
Tłem dla przedstawionych w tekście wydarzeń jest sugestywnie opisany norweski krajobraz. Przyroda, z którą mieszkańcy Północy muszą się zmagać, jest nieprzyjazna i surowa. Wiadomo wprawdzie, że latem wszystko zieleni się i lśni, „Niebo i Fiord rozciągają się naprzeciwko siebie, a jedno i drugie chce być najbłękitniejsze z błękitnych” (s. 14), ale w listopadzie – czyli w miesiącu, w którym rozgrywają się dwa kluczowe dla fabuły wypadki – noc trwa długo, dmie mroźny wiatr i ostro zacina deszcz.
Jak w „Białości”, tak i tutaj Fosse posługuje się specyficznym językiem. Jest to język bogaty w powtórzenia i chwilami jakby bezładny – jak myśli Signe. Powtarzają się nie tylko słowa, lecz także całe frazy, tworzące coś na kształt refrenu, litanii czy mantry. Pierwsze zetknięcie z tekstem jest trudne – tak olbrzymia ilość powtórzeń bywa męcząca – i potrzeba odrobiny cierpliwości (a może również dobrej woli), żeby przyzwyczaić się do tej maniery i poddać jej hipnotyzującemu działaniu.
Lektura „To jest Ales” nie należy do łatwych. Jest to utwór o śmierci, miłości i tęsknocie. O ludzkim losie i o utracie, z którą człowiek godzi się z wysiłkiem – albo nie godzi wcale. Ten niewielki objętościowo tekst skłania do zadawania sobie wielkich pytań, do refleksji o życiu i przemijaniu.
To przepiękna, mądra, niebanalna proza. Gorąco polecam!
ArtRage
Warszawa 2025
Tłumaczyła Iwona Zimnicka
8/10
[1] Jon Fosse, To jest Ales, tłum. Iwona Zimnicka. ArtRage, Warszawa 2025, s. 27.

Komentarze
Prześlij komentarz