„Buddenbrookowie” – powieść z 1901 roku, która prawie trzy dekady później, bo w roku 1929, przyniosła Tomaszowi Mannowi literacką Nagrodę Nobla – są zdumiewającą książką. Jest to monumentalna saga rodzinna, której akcja toczy się w Lubece (aczkolwiek nazwa tego miasta nigdy w tekście nie pada) na przestrzeni ponad czterdziestu lat – od 1835 do 1877 roku. Nie są to spokojne czasy: najpierw przez Europę przetacza się Wiosna Ludów, potem dochodzi do wojny prusko-austriackiej… Rozwija się kapitalizm, mieszczaństwo rośnie w siłę, rodziny kupieckie wzbogacają się i ubożeją, osiągają świetność, aby następnie podupaść, ustąpić miejsca bardziej rzutkim, prężniej działającym rodom. Symbolem świetności często staje się dom – wspaniała posiadłość, usiłująca dorównać przepychem siedzibom arystokratycznym, jest „historycznym uświęceniem”, usankcjonowaniem osiągniętego statusu.
W chwili, gdy rozpoczyna się akcja powieści, Buddenbrookowie wchodzą w posiadanie takiej właśnie posiadłości. Nestor rodziny, Johann Buddenbrook, nabywa ją za pieniądze zarobione na handlu zbożem. Johann jest obrotnym człowiekiem, stojącym na czele świetnie prosperującej firmy. Ma zmysł praktyczny i smykałkę do interesów. A swego czasu miał również dość rozsądku, aby korzystnie się ożenić. Jego pozycja społeczna jest ugruntowana: spotkania, które w co drugi czwartek odbywają się w jego domu, przy sucie zastawionym stole, wymownie o tym świadczą. To wszystko pozwala mu spokojnie spoglądać w przyszłość i nie martwić się o losy kolejnych pokoleń: syna Jeana, jego żony Elisabeth, a także ich dzieci: Thomasa, Christiana i Antoniny. Życie pisze jednak inny scenariusz…
„Buddenbrookowie” są zdumiewającą książką, ponieważ czytelnik jeszcze przed przystąpieniem do lektury odkrywa, jak potoczą się losy bohaterów: Tomasz Mann ogłasza to wszem i wobec już w podtytule, który brzmi „Upadek pewnej rodziny”. W rzeczy samej, im bardziej zagłębiamy się w dzieje czterech przedstawionych przez noblistę pokoleń, tym bardziej staje się jasne, że każde kolejne jest mniej rzutkie i zdeterminowane w dążeniu do celu od poprzedniego. Nie ma tu więc efektu zaskoczenia. Niemniej jednak, to monumentalne dzieło w jedenastu częściach czyta się z zajęciem, które nie maleje, a wprost przeciwnie: wzrasta.
Z czego to wynika? Powieść Manna jest powieścią wielopoziomową. Głównym wątkiem jest oczywiście wątek powolnego upadku tytułowej rodziny Buddenbrooków. Konsul Jean przejawia czasem tendencje do sentymentalizmu i nie prowadzi interesów tak twardą ręką jak jego ojciec, Johann. U Thomasa stopniowo ujawnia się fatalne rozdarcie: z jednej strony jest on przedsiębiorcą, „człowiekiem śmiałych czynów”, a z drugiej – „pełnym skrupułów myślicielem”[1]. W młodości obstawał przy zasadzie, że „nawet w małym mieście można zostać wielkim człowiekiem” i że przy odrobinie wyobraźni oraz idealizmu „można być cezarem w przeciętnym handlowym mieście nad Morzem Bałtyckim” (s. 284). Późniejsze wewnętrzne zmagania czynią z niego postać bez mała tragiczną. Osamotniony Thomas jest bohaterem, który budzi współczucie i któremu chce się kibicować, mimo że dość daleko odszedł od reguł wpojonych mu przez przodków.
Obok głównego wątku toczy się jednak wiele pomniejszych historii. Powieść składa się z misternie dopracowanych obrazów. Tworzą one logiczną, finezyjnie skonstruowaną całość, ale sprawdziłyby się również jako samoistne teksty. Kilka z nich to małe arcydzieła. Cudownie rzewne i subtelne są na przykład rozdziały poświęcone wakacjom w Travemünde, gdzie młoda Tonia poznaje swoją pierwszą młodzieńczą miłość i gdzie kilkadziesiąt lat później spędza ferie mały i chorowity Hanno Buddenbrook.
Mann powołał do życia niezapomnianych bohaterów. Poza odpowiedzialnym, rozdartym wewnętrznie Thomasem i przywiązaną do rodziny, ale z gruntu infantylną Tonią, zarazem irytującą i rozbrajająco naiwną, przewija się przez karty powieści cała plejada pełnokrwistych, wspaniale niejednoznacznych postaci: poczciwy konsul, który jednak nie waha się manipulować córką, aby osiągnąć własne cele, wytworna, kochająca życie i chwilami zadziwiająco uparta konsulowa, nieodpowiedzialny, gnuśny, wiecznie uskarżający się na urojone choroby Christian, nieuczciwy, komiczny w swojej nieudolnej ruchliwości pan Grünlich, rubaszny, wybuchowy, bezpośredni Permaneder, wreszcie pochodząca z Kwidzyna Ida Jungmann, wierna i szczerze oddana swoim pracodawcom.
Po raz pierwszy czytałam „Buddenbrooków” wiele lat temu, w przekładzie Ewy Librowiczowej. Potem wracałam do nich jeszcze dwukrotnie. W zeszłym roku, nakładem wydawnictwa WAB, ukazało się nowe tłumaczenie. Jerzy Koch unowocześnił nieco język Manna i odświeżył jego monumentalne dzieło dla współczesnych czytelników.
„Buddenbrookowie” to powieść wielopoziomowa, wielowymiarowa i wielobarwna. Lektura skłania do zadawania sobie pytań. Thomas Buddenbrook mówi w jednym z rozdziałów: „Tak samo właśnie myśleli ci, którzy musieli ten dom opuścić, kiedy dziadek go kupił. Stracili pieniądze i musieli się wyprowadzić, umarli i sczeźli. Wszystko ma swój czas” (s. 563). Czy tak jest? Czy człowiek rzeczywiście jest bezsilny wobec faktu, że wszystko ma swój początek i koniec? Z jakich właściwie przyczyn Thomas poniósł klęskę? Czy stało się tak dlatego, że zaczął zaglądać we własne wnętrze zamiast z uporem przeć do przodu? I kim tak naprawdę są Buddenbrookowie? Rodziną, która w połowie XIX wieku żyła w Lubece? Symbolem pewnej klasy społecznej? A może należy spoglądać na nich szerzej, jako na ucieleśnienie określonego typu człowieka?
Więzy rodzinne, etos pracy, nieszczęśliwe małżeństwa, waśnie między braćmi, imperatywy moralne i sprzeniewierzanie się zasadom – wszystko to czyni sagę o Buddenbrookach niesłychanie aktualną. Tej książki czas po prostu się nie ima. Aż trudno uwierzyć, że wydając ją, Tomasz Mann miał zaledwie dwadzieścia sześć (!) lat.
Fenomenalna powieść.
Wydawnictwo WAB
Warszawa 2025
Tłumaczył Jerzy Koch
9,5/10
Tomasz Mann - "Śmierć w Wenecji"
[1] Tomasz Mann, Buddenbrookowie. Upadek pewnej rodziny, tłum. Jerzy Koch. Wydawnictwo WAB, Warszawa 2025, s. 462.

Komentarze
Prześlij komentarz