Karen Blixen – „Uczta Babette”

 

 

„– Dzisiaj dowiedziałem się, droga siostro, że na tym świecie wszystko jest możliwe.

– Tak, tak właśnie jest, drogi bracie (…). Na tym świecie wszystko jest możliwe”[1]. 

 

„Uczta Babette i inne opowieści o przeznaczeniu” to tomik opowiadań Karen Blixen, po raz pierwszy opublikowany w 1958 roku. W zbiorze znalazło się pięć tekstów: „Nurek”, „Uczta Babette”, „Burze”, „Nieśmiertelna Opowieść” oraz „Pierścień”. Wszystkie mają coś w sobie i z różnych powodów są godne polecenia, ale tytułowe opowiadanie jest utworem szczególnym  i to nim chciałabym się zająć.

Jest schyłek XIX wieku. W małym miasteczku Berlevaag, położonym u stóp norweskiego fiordu, mieszkają dwie starsze panie: Marcina i Filipa. Siostry nie opływają w dostatki; ich ojciec  „pastor i po trosze prorok” (s. 25) – założył niegdyś „nabożną kongregację duchowną” (czy też: sektę). Jej członkowie wyrzekali się ziemskich uciech, żywiąc przekonanie, że życie doczesne, tudzież wszystkie jego sprawy są czymś na kształt ułudy, a jedynym przedmiotem starań przyzwoitego człowieka powinna być Nowa Jeruzalem. Sekta zdobyła niegdyś rozgłos w całym kraju, ale po śmierci pastora w szeregi jej członków wkradło się rozprężenie. Znacznie zmalała liczba tych, którzy zbierali się, aby wspólnie czytać Słowo.

Marcina i Filipa były swego czasu zadziwiająco piękne. Obie zachwycały otoczenie „nadnaturalną prawie urodą kwitnących drzew owocowych lub wiecznych śniegów” (s. 27). Obie miały też wielbicieli, dla których ich serce biło żywiej – do Marciny zalecał się młody oficer, a do Filipy – śpiewak operowy z Paryża. Pastor, dla którego małżeństwo było „sprawą trywialną”, wychował jednak piękne córki „w ideale miłości niebiańskiej” (s. 27). Nie wyszedłszy za mąż, siostry poświęciły całą swoją energię – i cały swój mały dochód – na uczynki miłosierdzia. „Żadne strapione albo dotknięte nieszczęściem stworzenie nie pukało na próżno do ich drzwi” (s. 26).

Marcina i Filipa miały gospodynię, Francuzkę o imieniu Babette. Babette przybyła do nich z Paryża, skąd musiała uciekać przed wojną domową. Jej mąż i syn zostali rozstrzelani, a ona sama cudem uszła z życiem. W domu sióstr przeżyła wiele lat, dzieląc z nimi ich niedolę. Pewnego dnia, na krótko przed setną rocznicą urodzin pastora, poprosiła swoje chlebodawczynie, aby wolno jej było przygotować z tej okazji przyjęcie. Siostry zgodziły się i… jakaż to była uczta!

Opowiadanie jest raczej krótkie, ale zostaje w pamięci na długo. Jego ogromnym atutem jest język – barwny, potoczysty, wycyzelowany. Tutaj żadne zdanie nie jest przypadkowe, a każde słowo ma swoje miejsce i swój cel. Opis tytułowej uczty uwodzi bogactwem zapachów i smaków. Niemal da się wyczuć aromat wina („Wino, Madame? (…) Nie, Madame. To jest Clos Vougeot 1846!” [s. 47]), smak zupy żółwiowej, znakomitych blinis Demidoff i cailles en sacrophage. Nietrudno jest także poczuć panującą przy stole atmosferę, wzniosłą i uwznioślającą.  

Choć jednak uczta stanowi przewodni motyw tekstu, to opowiadanie Blixen podejmuje również kilka innych wątków. Jednym z nich jest kwestia sławy. Filipa zachwyciła swoim głosem wielkiego śpiewaka, który oczyma wyobraźni widział w niej już gwiazdę paryskiej opery, wznoszącą się „ponad wszystkie diwy przeszłych i obecnych czasów” (s. 32). Ona jednak zrzekła się sukcesów na rzecz skromnego, wręcz ascetycznego życia w domu ojca. Czy postąpiła słusznie?

Nieco inne losy stały się udziałem Babette, która z kolei zrezygnowała z fortuny, aby choć na chwilę ukazać światu swój tragicznie zaprzepaszczony talent. Perypetie tych dwóch kobiet – zarazem tak podobne i tak odmienne – stają się przyczynkiem do zadawania sobie pytań. Co w życiu liczy się najbardziej? Tudzież: ile jesteśmy skłonni poświęcić dla sztuki?  

Ciekawe są również przemyślenia dawnego wielbiciela Marciny, generała Loewenhielma, który zdobył wszystko, a jednak doskwierało mu poczucie pustki („Czy suma wieloletnich zwycięstw w tylu krajach może być klęską?” [s. 53]).

Nad opowiadaniem unosi się duch biblijny. Blixen snuje rozważania o przeznaczeniu, które kieruje ludzkimi poczynaniami i spada na człowieka w rozmaitej postaci, a sens tych refleksji wydaje się szczególnie mocno rezonować w słowach pastora, ojca Marciny i Filipy, który zwykł powtarzać, że „Boże ścieżki biegną nawet przez słone morza i pokryte śniegiem góry, gdzie ludzkie oko ich nie wytropi” (s. 42).            

W 1954 roku, kiedy Akademia uhonorowała go literackim Noblem, Ernest Hemingway oświadczył publicznie, że ów zaszczyt powinien trafić do Karen Blixen. Trudno powiedzieć, czy wygłaszając tę opinię, miał na myśli również „Ucztę Babette”, jedno nie ulega wszakże wątpliwości: jest to wyborna, wysmakowana, mądra, dojrzała proza. W sam raz dla kogoś, kto chciałby poznać Blixen nieco bliżej, nie tylko jako autorkę sławnego „Pożegnania z Afryką”.   

Gorąco polecam.

 

 

 

Dom Wydawniczy Rebis

Poznań 2011

Tłumaczył Wiesław Juszczak

7,5/10



[1] Karen Blixen, Uczta Babette, tłum. Wiesław Juszczak. Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011, s. 62.

Komentarze