François Mauriac – „Genitrix”

 Książka na tle zachmurzonego nieba


„Gdy spojrzymy wstecz na nasze życie, wydaje nam się, że byliśmy zawsze daleko od tych, których kochaliśmy najwięcej: może dlatego, że zazwyczaj wystarcza mieć istotę ubóstwianą u swojego boku, aby stała się nam mniej droga”[1].  

 

François Mauriac był francuskim pisarzem, który w 1952 roku został laureatem literackiej Nagrody Nobla. Wyróżnienie to otrzymał „za głęboką przejrzystość duchową i siłę artystyczną”, z jaką ukazywał w swoich powieściach „dramat ludzkiego życia”. Dzisiaj jego twórczość jest już raczej mało znana – i z rzadka recenzowana.

Jak Balzak tworzył niegdyś „Komedię ludzką”, tak „Genitrix” – powieść Mauriaka z 1923 roku, będącą przedmiotem recenzji – można by nazwać „komedią rodzinną”. Choć słowo „komedia” jest tu raczej nie na miejscu – znacznie bardziej właściwe byłoby określenie „tragifarsa”. W istocie, ta krótka (polskie wydanie liczy nieco ponad sto stron) historia jest duszna, przytłaczająca i na wskroś tragiczna.

Oto mamy Landy – słabo zaludniony, lesisty region w południowo-zachodniej Francji, który miłośnicy twórczości Mauriaka mogą kojarzyć z innych jego powieści, na przykład z „Teresy Desqueyroux” – a tam stary dom. Dom znajduje się nieopodal torów, przez które pociągi przetaczają się raz na jakiś czas, wprawiając w drżenie posadzkę. Nie jest to jednak największa uciążliwość, z jaką muszą mierzyć się lokatorzy – w domu panują osobliwe stosunki. W jednej części mieszka Felicja Cazenave ze swoim synem Fernandem, a w drugiej – synowa Felicji, Matylda. Te dwie „frakcje” toczą ze sobą ustawiczną wojnę: Felicja nie znosi synowej i na każdym kroku stara się jej dokuczyć, a ta odwzajemnia wrogość świekry (tym staropolskim słowem konsekwentnie określa się w powieści matkę męża).  

Relacje pomiędzy małżonkami też są, łagodnie mówiąc, nienajlepsze. Fernand w niecałe dwa miesiące po ślubie „wrócił do swego wąskiego studenckiego łóżka tuż przy matczynym pokoju”, a jego żona „przebywała odtąd prawie zawsze sama w drugim skrzydle domu” (s. 14). O tym, jak doszło do uformowania się tej niefortunnej pary, dowiadujemy się z retrospekcji. W chwili, gdy rozpoczyna się akcja, Matylda jest już chora; właśnie straciła dziecko i w jej osłabiony organizm wdała się infekcja. Nie może jednak liczyć na pomoc niedawno poślubionego męża: Fernand woli przesiadywać z matką w saloniku przy kuchni i matczynymi nożyczkami wycinać z książek mądre sentencje.

Powieści Mauriaka mają to do siebie, że z rzadka występują w nich postacie, do których można by zapałać sympatią. „Genitrix” nie stanowi wyjątku od tej reguły. Fernand ma pięćdziesiąt lat, a mimo to kryje się po kątach, żeby palić papierosy i ukradkiem raczyć się melonem, który zdaniem Felicji wywołuje u niego „chorobę kiszek”. Zanim poślubił Matyldę, zdarzało mu się spierać z matką, a po każdym takim sporze wsiadał do pociągu i jechał do Bordeaux, aby tam szukać wytchnienia u kobiety lekkich obyczajów. Zawsze jednak wracał, bo w domu było mu wygodniej niż w mieście, gdzie musiał dzielić z kimś łóżko i, co gorsza, wydawać pieniądze na napiwki. Wychowanie, jakie odebrał, zraziło go do kobiet – od piętnastego roku życia dzielił je na „te, które chcą nas wziąć pod pantofel” oraz „te, które zarażają nas chorobami” (s. 60) – i uczyniło samolubnym, niezdolnym do budowania zdrowych relacji. Fernand budzi niechęć i politowanie, które chwilami przedzierzga się we współczucie.

Matylda też nie jest bez winy. Wyszła za Fernanda z wyrachowania – żaden „odruch czułości” nie wiódł jej do tego starego człowieka. Myśl o małżeństwie podsunął jej „jakiś kreci instynkt”. Bo „najgorsze w ciężkich warunkach życiowych jest to, że każą nam patrzeć na ludzi pod kątem widzenia ich przydatności, że bierzemy pod uwagę tylko ich użyteczność” (s. 28). Matylda uwierzyła, że dzięki zamążpójściu wyrwie się spod kurateli krewnych, którzy utrzymywali ją z łaski.

Felicja jest uosobieniem zaborczości. Kocha syna chorą miłością i próbuje go sobie zawłaszczyć. To ona jest sprawczynią rozgrywającej się na kartach powieści tragedii. Kiedy wychodzi do ogrodu, płoszy słowiki, za jej zbliżeniem się milkną świerszcze. Jest w opisach tej postaci jakaś naturalistyczna – czy fizjologiczna – dosadność. „Przez długie lata usta jej dotykały czoła postarzałego syna tak samo jak wówczas, gdy jako młoda samica chciwie obwąchiwała noworodka” (s. 69).    

„Genitrix” nie jest łatwą lekturą. Powieść składa się z sugestywnych, mrocznych obrazów. Opisywane w sposób zwięzły i precyzyjny, bez zbędnych ozdobników, budują one duszną atmosferę. Landy są mgliste, ponure, a sam dom przytłacza, staje się więzieniem dla mieszkających w nim osób.         

Książka jest krótka, jednak nie czyta się jej szybko. Mauriac porusza trudny temat chorobliwego przywiązania matki do syna i z chirurgiczną dokładnością pokazuje, jakie spustoszenie taka patologiczna relacja może poczynić w życiu wszystkich zainteresowanych stron. Lecz podział ról nie jest, wbrew pozorom, jednoznaczny: w tej historii każdy – z Felicją włącznie – jest po trosze katem, a po trosze ofiarą.

Miłośnicy ambitnej literatury docenią tekst Mauriaka za jego konstrukcję, język, wnikliwość obserwacji i niejednoznaczne portrety bohaterów. Poruszony w książce temat pozostaje aktualny, podobnie jak wyłaniająca się z tej historii – niewesoła – prawda o człowieku.

Polecam „Genitrix”. Powieść francuskiego noblisty zasługiwałaby na większą popularność niż ta, którą obecnie się cieszy.  

 

   

 

Wydawnictwo Literackie

Kraków 1979

Tłumaczyła Gabriela Mycielska

7/10

 

  

François Mauriac – „Koniec nocy”

François Mauriac – „Teresa Desqueyroux”


[1] François Mauriac, Genitrix, tłum. Gabriela Mycielska. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979, s. 76.  

Komentarze