Mary Shelley – „Matylda”


 

Mały domek w szczerym polu, gdzieś w Anglii. Wokół rozciąga się ponure, usiane kamieniami wrzosowisko, nieopodal jest staw i niewielka kępa sosen, a poza tym… nic. Pustka jak okiem sięgnąć. W domku mieszka pustelnica, której jedyne towarzystwo stanowią zwierzęta, książki i harfa. Wiedzie ona jałowy, bezużyteczny żywot i każdego dnia modli się o śmierć. Za życia nic już jej przecież nie czeka.

Czy chodzi tu o zgrzybiałą staruszkę? W żadnym razie. Na pustkowiu mieszka niespełna dwudziestoletnia dziewczyna, która – wydawałoby się – ma wszelkie powody ku temu, aby cieszyć się życiem. Pochodzi z najwyższych klas społecznych, jest zamożna, piękna, dobrze wykształcona… A jednak główna bohaterka noweli Mary Shelley z 1819 roku, zatytułowanej „Matylda”, jest głęboko nieszczęśliwa. Można by wręcz powiedzieć, że ów piękny – i mało znany – utwór autorki „Frankensteina” jest historią młodej kobiety, której przeznaczeniem jest nieszczęście. „Moim losem kierowała konieczność, szkaradna konieczność”[1] – tak bohaterka mówi o sobie. A w innym miejscu dodaje: „Nieszczęścia jak plaga przetoczyły się nade mną i wyczerpały mnie” (s. 8).   

Matylda od najmłodszych lat była skazana na samotność. Jej matka umarła tuż po porodzie, a zrozpaczony ojciec wkrótce potem opuścił kraj. Opiekę nad córką powierzył siostrze – kostycznej kobiecie, która nie miała wprawdzie złego serca, ale była do cna pozbawiona cieplejszych uczuć. Matylda przez szesnaście lat żyła w nieprzyjaznym dla niej, surowym kraju, w niemal całkowitej izolacji. Z racji swojego pochodzenia nie mogła bawić się z niżej urodzonymi rówieśnikami. W czasach dzieciństwa jej jedynym towarzystwem były więc okoliczne drzewa i zwierzęta, a kiedy dorosła – również książki i harfa. Pociechę znajdowała Matylda w fantazjowaniu na temat ojca. Lubiła rozkoszować się myślą, że któregoś dnia spotka się z nim i doświadczy serdeczności, której w dzieciństwie nie było jej dane zaznać. Jej marzenia ziściły się: pewnego dnia ojciec faktycznie powrócił. Sielanka nie trwała jednak długo; po kilku miesiącach niczym niezmąconej radości przywiązanie ojca do córki nabrało niepokojących kształtów…

Utwór ma formę wyznania. Matylda jest ciężko chora. Czuje, że jej życie dobiega końca, i wobec zbliżającej się śmierci pragnie wyjawić jedynemu przyjacielowi, jakiego kiedykolwiek miała, tajemnicę własnej przeszłości. Pisze więc list, w którym opowiada swoje tragiczne dzieje. „Póki życie we mnie było silne, sądziłam, że jest w mojej opowieści niedotykalna potworność, która sprawia, że nie można jej ubrać w słowa; a teraz, kiedy umieram, profanuję tę mistyczną grozę” (s. 9).

Wyznanie cechuje bezwzględna szczerość, typowa dla kogoś, kto w obliczu nieuchronnego końca wyzwolił się już z wszelkich zahamowani i konwenansów. Matylda zagląda w głąb siebie i kreśli coś na kształt boleśnie dokładnego autoportretu. Precyzyjnie analizuje własne myśli, motywy postępowania i skłonności, ubiera w słowa najgłębsze uczucia. Jej opowieść jest duszna, ponura i gęsta od znaczeń. Nad całością unosi się duch nieprzezwyciężonej melancholii, wywołanej świadomością nieuchronnej katastrofy.

Z treścią wybornie współgra mroczna okładka, przedstawiająca obraz „Ofelia” prerafaelity Johna Everetta Mallais’a z połowy XIX wieku. Przedwcześnie zgasłe życie – ten topos łączy obraz z książką.

„Matylda” to nowela gotycka i jest w niej cały arsenał romantycznych motywów: złowrogie sny, zgubne namiętności, tragiczne tajemnice, nieokiełznane żywioły. Scena burzy przywiodła mi na myśl inny arcyromantyczny tekst: „Pogankę” Narcyzy Żmichowskiej. Akcja noweli zogniskowana jest wokół tematu, po który też nierzadko sięgali pisarze doby romantyzmu – miłości kazirodczej.

Anna Dzierzgowska, która przetłumaczyła tekst, pisze w krótkim wstępie, że błędem byłoby odczytywanie utworu przez pryzmat jego (rzekomo) autobiograficznej natury. W istocie, nowela ma tak wiele literackich zalet, że nie potrzeba dodatkowych bodźców, aby czerpać przyjemność z lektury. Niemniej, domniemane odniesienia autobiograficzne stanowią dodatkowy smaczek. Przecież Mary Shelley była nie tylko znakomitą pisarką, lecz także córką znakomitych rodziców. Jej ojciec, William Godwin, uchodził za wybitnego myśliciela i współtwórcę ruchu anarchistycznego, a matka, Mary Wollstonecraft, zapisała się w historii jako „filozofka, pisarka, intelektualistka, pionierka anglosaskiego feminizmu”. Mężem Mary Shelley był poeta, Percy Bysshe Shelley, unieśmiertelniony w noweli jako Woodville. William Godwin sprzeciwił się wydaniu „Matyldy”. Trudno powiedzieć, na ile jego sprzeciw przyczynił się do odwleczenia momentu publikacji, w każdym razie nowela ukazała się – jak informuje niezawodna Dzierzgowska – wiele lat po śmierci swojej twórczyni.

Nie jest to łatwa lektura. Z tekstu wyraźnie przebija erudycja Mary Shelley. Mnożą się odwołania do dzieł innych autorów. Są nawiązania do klasycznej kultury starożytnej („tak jakby do lasu Eumenid wstąpić mógł jedynie umierający – a Edyp właśnie umiera” [s. 9]), cytaty z Dantego (przytoczone w dawnym języku włoskim), z Biblii, z Wordswortha, Miltona, Spensera, Coleridge’a…

Prawdziwą trudność stanowi jednak temat utworu, tudzież stworzona przez autorkę gęsta, mroczna atmosfera. Historia Matyldy porusza, przygnębia, zapada w pamięć, wywołuje emocje. W dużej mierze dzieje się tak za sprawą warsztatu Mary Shelley, która okazuje się wirtuozem słowa. Język, jakim się posługuje, jest uderzająco piękny.

Tych, którzy lubią literaturę romantyczną, „Matylda” prawdopodobnie zachwyci. Dla pozostałych może stać się uzupełnieniem „Frankensteina”… czy też preludium do lektury tej słynnej powieści. Tak czy owak, warto sięgnąć po ten utwór.

Szczerze polecam!       

 

 

 

Wydawnictwo Filia

Poznań 2026

Tłumaczyła Anna Dzierzgowska

8/10  



[1] Mary Shelley, Matylda, tłum. Anna Dzierzgowska. Wydawnictwo Filia, Poznań 2026.

Komentarze