Henryk Pontoppidan – „Łaskawy chleb”

 Książka na czytelnianym stole

 

Na fali odrodzonej fascynacji literaturą duńską – w osobach Hermana Banga i Jensa Petera Jacobsena – ponownie dotarłam do noblisty znad Sundu, Henryka Pontoppidana.

W zeszłym roku oczarowała mnie powieść pt. „Czerwona czapeczka”, opowiadająca posępne losy Thory van Deken. Dzisiaj zajmę się równie – a może nawet bardziej – posępnym utworem, jakim jest „Łaskawy chleb”.

Książka w polskim przekładzie ukazała się dawno temu, bo w 1949 roku, i podobnie jak „Czerwoną czapeczkę” łatwiej znaleźć ją w bibliotekach cyfrowych niż tradycyjnych. Autorką przekładu jest Józefa Klemensiewiczowa, co warto podkreślić z dwóch powodów: po pierwsze ze względu na urodę języka, która jest uderzająca, a po drugie dlatego, że tłumaczka dokonała przekładu z oryginału, co w przypadku literatury skandynawskiej (patrz: monumentalna saga „Krystyna, córka Lavransa” Sigrid Undset!) nie zawsze jest rzeczą oczywistą…

„Łaskawy chleb” to zbiór sześciu opowiadań. Utwory – jak można przeczytać w dość zwięzłym, ale niezwykle rzeczowym wprowadzeniu do książki – powstały po tym, jak ich autor ożenił się z chłopką. Pontoppidan dobrze znał więc opisywaną rzeczywistość i ta dogłębna znajomość jest w tekstach wyraźnie widoczna.

Akcja wszystkich opowiadań toczy się na wsi, każde z nich porusza jednak inny problem.

„Raj” to opowieść o losach Anny i Szymona, sierot i wyrobników, którzy kosztem wielu wyrzeczeń zdołali nabyć małą, leżącą na kamienistej ziemi, schludną zagrodę, „z zielonymi ramami u okien, dzikim winem, pnącym się po węgłach, i ulami wzdłuż płotu”[1]. Zdeterminowani w dążeniu do celu, jakim było godne życie, od rana do nocy pracowali w pocie czoła i w końcu, po ośmiu latach harówki, udało im się spłacić długi. Lecz kiedy wydawało się, że wreszcie zaznają odpoczynku i szczęścia, los zesłał na nich poważną chorobę…

„Łaskawy chleb”, który użyczył tytułu całemu zbiorkowi, podejmuje temat ośrodka dla osób starszych i ubogich, które z różnych przyczyn nie są już zdolne do pracy. Ośrodek owiany jest tak niepochlebną sławą, że sama myśl o nim wprawia w trwogę, dlatego Styna, która ma tam trafić, wzbrania się przed tym ze wszystkich sił i trzeba aż wójta, żeby ją jako tako uspokoić.

„Cmentarz” to chwytająca za serce historia ubogiej wdowy, która po śmierci męża-pijaka „siedziała z czworgiem dzieci w starej, walącej się chacie i bezsilna walczyła na śmierć i życie, aby wyżywić swoje maleństwa” (s. 38), i w której sercu tkwił cierń w postaci wspomnienia o córce, pochowanej przed dwudziestu laty w skromnej mogiłce na miejscowym cmentarzu. Dramatyczną wymowę tekstu potęguje nałożenie na siebie dwóch skrajnie różnych obrazów – z jednej strony mamy pełen przepychu pochówek bogatego człowieka, dla którego dzwony dzwonią „za cztery marki i osiem szylingów”, a z drugiej – nędzny grób dziecka.

Bohaterów „Ciosu” poznajemy w ważnym momencie – w domu ma się pojawić młody wieprz. Chwila jest podniosła, bo tkacz Jakub Hansen i jego najbliżsi dobrze wiedzą, że od tego, jak zwierzę będzie się chowało, zależą losy całej rodziny. Hansenowie wkładają w hodowlę wieprza „niemal całoroczne utrzymanie swoje – ziemniaki z jesiennego zbioru”, świadomi, że „mięso z niego od Bożego Narodzenia do Bożego Narodzenia stanowić ma główne ich pożywienie” (s. 48). Toteż rodzina wstrzymuje oddech, gdy zwierzę zaczyna chorować.

Opowiadanie o wymownym tytule „Na Manowcach” jest nową odsłoną dobrze znanego i wielokrotnie eksploatowanego motywu – oto uboga dziewczyna zostaje uwiedziona, a następnie porzucona. Uwodzicielem jest syn kobiety, która uważa się za lepszą, ponieważ w przeciwieństwie do wielu innych nie pozostaje na utrzymaniu gminy.

Zamykający zbiorek „Wędrowiec” przynosi dramatyczny obraz przykutej do łóżka kobiety, która dożywa swoich dni pośród szczurów i karaluchów. Noblista konfrontuje w tym tekście wyobrażenia o wolności i postępie z ponurą rzeczywistością.

 

Opowiadania podejmują rozmaite tematy, jest jednak między nimi sporo podobieństw. Wszystkie objawiają głęboko krytyczne spojrzenie Pontoppidana na ówczesną rzeczywistość wiejską, trudną, a wręcz bezwzględną dla biedaków. W zbiorze roi się od na wskroś naturalistycznych obrazów – oto osiemdziesięcioczteroletnia staruszka leży w stoczonym łóżku, na cuchnącej słomie, i ma na podorędziu kij, aby przepędzać „szczury i karaluchy, których tak dużo u niej w nocy, że jej omal nie zjedzą” (s. 81). Oto grabarz wykopuje z ziemi małe, cienkie kości dziecięce, wstążkę oraz kędzior ciemnorudych włosów i pokazuje je złamanej cierpieniem matce, która przed laty straciła ukochaną córkę. Oto stara, uboga wdowa, która żyje w nędznej chacie „jak wróbel, zbierając to, co inni wyrzucili, zgarniając skrzętnie wszystkie okruszyny” (s. 55), wobec niemożności utrzymania wszystkich wnuków zmuszona jest dusić noworodki poduszką. „W tym względzie nie jest zresztą ani lepsza, ani gorsza od wielu kobiet wiejskich”, uściśla narrator, dowodząc, że tego rodzaju praktyki nie były tak rzadkie, jak można by sądzić.

W opowiadaniach nie wyczuwa się jednak tonu potępienia. Wręcz odwrotnie, Pontoppidan ukazuje ludzi słabych, pokrzywdzonych przez los i okrutnie wyzyskiwanych, a czyniąc to, żywi dla nich głębokie współczucie. Krzywda, która staje się ich udziałem, niemal zawsze jest niezasłużona. Styna, bohaterka opowiadania „Łaskawy chleb”, była dobroduszną i pracowitą kobietą, która po śmierci męża utrzymywała się z kilkorgiem dzieci rzetelną pracą w polu, tudzież wszędzie tam, gdzie potrzebne były silne plecy i zwinne dłonie. Potem jednak młocarka zmiażdżyła jej rękę, a Styna zaczęła szukać ucieczki „w największej pocieszycielce biednych, w miłosierdziu wódki” (s. 31), i postanowiono oddać ją do ośrodka dla ubogich. Wdowa z „Cmentarza” przez długie lata męczyła się z mężem-pijakiem, który w chwilach szału „wynosił dosłownie ostatni łach swoich dzieci i rabował dom” (s. 37). Nikt jednak „nie pomyślał o tej biednej matce, która siedziała z czworgiem dzieci w starej, walącej się chacie i bezsilna walczyła na śmierć i życie, aby wyżywić swoje maleństwa. Nikt nie domyślał się, ile mąk przeszła, ile dni i nocy strasznych przeżyła z tym szalonym człowiekiem, nikt – ile jej zacne serce cierpiało w tej nędznej poniewierce!” (s. 38). Tkacz Jakub Hansen całą nadzieję na wykarmienie rodziny pokłada w nabytym wieprzu, a kiedy zwierzę choruje, widmo głodu staje się tak namacalne, że biedak wolałby poświęcić jedno z dzieci niż stracić prosiaka…

Takich przykładów cierpienia jest w zbiorze więcej, a są one tym bardziej wstrząsające, że krzywda spotyka ludzi bez ich winy.

„Tak, tak, mówi jeden z bohaterów opowiadania pt. „Cmentarz”. „Nie po różach się chodzi. Niejednemu się zdaje, że mogłoby być inaczej. Ale jest tak, jak Pan Jezus chce. I pewnie tak jest najlepiej” (s. 41).

Pontoppidan pokazuje nie tylko cierpienie, lecz także postawy, jakie człowiek przyjmuje wobec niego. Często jest to pokora wobec wyroków losu i zdumiewająca umiejętność godzenia się z nimi – nawet w sytuacjach, które współczesnemu czytelnikowi wydawałyby się nie do zaakceptowania.

I właśnie ten aspekt sprawia, że „Łaskawy chleb”, mimo głębokiego zakorzenienia w realiach opisywanej epoki, jest dziełem uniwersalnym, po które warto sięgnąć.

Wielka szkoda, że książka nie została wznowiona, bo chętnie sprowadziłabym ją do domu (zamiast czytać w czytelni) i ustawiła na widocznym miejscu na półce, aby móc do niej od czasu do czasu powracać.

 

 

Książka znajduje się również w zbiorach biblioteki cyfrowej Polona.

 

 

 

Wydawnictwo Ludowe

Warszawa 1949

Tłumaczyła Józefa Klemensiewiczowa

7,5/10

 

 

Henryk Pontoppidan - "Czerwona czapeczka" 

[1] Henryk Pontoppidan, Łaskawy chleb, tłum. Józefa Klemensiewiczowa. Wydawnictwo Ludowe, Warszawa 1949, s. 11.

Komentarze

  1. Zaciekawiła i zachęciła mnie Twoja recenzja, sięgnęłam więc po ten zbiór opowiadań. Mimo trudnych tematów i na wskroś realistycznych opisów z życia biednych ludzi w dawnych czasach przebija przez nie swego rodzaju siła i niezłomność człowieka w połączeniu ze stoicką postawą wobec nieuchronnosci losu. Jakże wiele krzywd i tragizmów potrafili znosić i jak bardzo my współcześni, zanurzeni w wygodnym, indywidualistycznym świecie różnimy się od nich.... Piękny, surowy w swej prostocie, a trafiający do serca język autora przydaje urody całości utworu. Dobrze się czyta, pozostaje w pamięci i z pewnością warto było...Dziękuję Aniu za polecenie I pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie niezłomność i stoicyzm wobec nieuchronności losu (piękne określenie) ujęły mnie w tej książce najbardziej. Jest w niej wiele prawdy i uniwersalności. Niektóre opowiadania przywodziły mi na myśl pozytywistyczne nowele, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że problemy, które poruszył Pontoppidan, bynajmniej nike dotyczyły jedynie dawnej wsi duńskiej.
      Cieszę się bardzo, że zdołałam przekonać Cię do sięgnięcia po ten zbiór i że nie żałujesz. Ja też uważam, że "Łaskawy chleb" to godna uwagi lektura. Kupiłabym ten tomik, gdyby tylko ukazało się wznowienie...
      Dziękuję za komentarz, Małgosiu, i za podzielenie się wrażeniami po lekturze.
      Życzę dobrego dnia!

      Usuń
  2. Dziękuję Aniu. W bibliotekach cyfrowych można znaleźć prawdziwe perełki, Wielka szkoda, że nie wszystkie są do zdobycia w wersji papierowej czy też do zakupienienia do własnych zbiorów, także żałuję. A literatura skandynawska bardzo mnie wciąga, zarówno ta dawna, jak i współczesna, choć oczywiście nie każdego autora:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz