„Pan Twardowski” to intrygujący poemat w osiemnastu pieśniach, opublikowany po raz pierwszy w 1906 roku. Tekst wyszedł spod pióra Lucjana Rydla.
Cóż wiemy o jego autorze? Lucjan Rydel był literatem okresu Młodej Polski. Parał się poezją i prozą, ale tworzył również dramaty i jasełka. Tadeusz Boy-Żeleński pisał w jednym z esejów ze zbioru „Ludzie żywi” (którym zajmowałam się niedawno) o jego wprost niebywałym wierszotwórczym talencie i (niegdysiejszej) popularności. Dzisiaj ta popularność jest już znikoma, a Lucjan Rydel kojarzony jest nie tyle jako poeta, ile jako ten, który w 1900 roku, u szczytu swej sławy, wziął ślub z chłopką i którego wesele stało się kanwą sławnego dramatu Stanisława Wyspiańskiego.
A pan Twardowski? Ów polski szlachcic z XVI wieku był bohaterem baśni, podań i legend, w tym słynnej ballady Adama Mickiewicza pt. „Pani Twardowska”. Sławę zyskał tym, że w zamian za bajeczne bogactwa i nadzwyczajną mądrość zawarł przymierze z diabłem. Obiecał, że po siedmiu latach odda piekłu duszę, ponieważ jednak był kuty na cztery nogi, zawarł w cyrografie jeden warunek: obietnicy miało stać się zadość w Rzymie, do którego przebiegły szlachcic ani myślał się wybierać…
Rydel dochowuje wierności tradycji. Pełnymi garściami czerpie z podań ludowych i wplata do poematu wątki, które zwykło się łączyć z postacią Twardowskiego. Pisze o niebywałej mądrości, która przypadła szlachcicowi w udziale wskutek bratania się z diabłem („Wiedza niesłychana zgoła / stała się jego udziałem: / cała natura dokoła / stanęła przed nim otworem, / tak iż w przyrodzeniu całem / znał się z każdym żywym tworem / i z każdym chemicznym ciałem”[1]), o jego nadzwyczajnych bogactwach („Albo też na Ratuszową / lubił wchodzić w dni targowe / i stąd krociami talary / sypał ludziskom na głowę. / Lecz zwłaszcza jeden uczynek / maluje hojność bez miary: / rozkazał, by na sześć cali / słudzy jego cały Rynek / złotówkami zasypali” [s. 24]), eksperymentach z zakresu alchemii, o próbach uzyskania złota… Jedną z pieśni poświęca wątkowi Zygmunta Augusta. Kiedy po śmierci swojej małżonki, Barbary Radziwiłłówny, król popadł w rozpacz („Zygmunt August na Wawelu / kirem obite miał ściany, / żył odludnie – jakby w grobie / za życia już pochowany” [s. 46]), Twardowski wywołał ducha zmarłej i ukazał go władcy w zaczarowanym zwierciadle.
Rydel sięga jednak dalej i ukazuje dzieje Twardowskiego z czasów, gdy o słynnym cyrografie nie było jeszcze mowy. W pierwszych wersetach poematu poznajemy ojca Twardowskiego. „Imci Pan Twardowski” żył w Skrzypnie, w zapadłej wioszczynie, i choć miał szlacheckie pochodzenie, klepał przysłowiowa biedę. „Niski dworek, kryty słomą, / skrawek pola, szkapiąt para, / oto całe jego włości” (s. 5). Z usposobienia był jednak wesoły i niewiele robiłby sobie z ubóstwa, gdyby snu z powiek nie spędzała mu troska o przyszłość jedynego syna. Ten zaś nie był w ciemię bity: pobierał nauki u plebana i szybko robił postępy. Znał łacinę, Senekę i Wergiliusza, zgłębił tajniki kaligrafii… Proboszcz, który znał jego bystrość, wyprawił go do Krakowa, aby chłopak mógł wstąpić na Akademię. W Krakowie młody Jan został beanem („Bean – wiecie, kto to taki? / W Akademii owym mianem / nowo przybyły się zowie” [s. 11]) i trafił pod opiekę mistrza, który parał się alchemią. Stołował się u pewnej wdowy „na kleparskim rynku” (s. 12). Wdowa miała córkę, która wzbudziła w nim gorętsze uczucia. Była piękna, lecz – jak domyśli się każdy, kto czytał balladę „Pani Twardowska” – złośliwa i wybuchowa. „Dziewczyna to była gładka, / ale pyszna gorzej pawia / i drapieżna gorzej żbika” (s. 12), pisze Rydel nie bez humoru.
Poeta sięga po Mickiewicza i powtarza za nim historię o tym, jak to Mefistofeles zdybał Twardowskiego w karczmie Rzym i już miał porwać jego duszę, gdy szlachcic nakazał mu spędzić rok z jego żoną. Rydel zaznacza jednak, że choć ballada Mickiewicza jest „najpiękniejsza w świecie”, to nie do końca należy dawać jej wiarę. Prawdziwsza jest ponoć „stara powieść spod Krakowa”, mówiąca o tym, jak to Maryja wysłuchała próśb szlachcica i uchroniła go przed wpadnięciem w szpony diabła…
W tekście Rydla roi się od diabelskich symboli. Mamy i zaklęcia, i kurze łapki, i porywisty wiatr, i ponure odludzia… Krótko mówiąc, szeroką gamę demonicznych „rekwizytów”.
Pisany ośmiozgłoskowcem poemat jest rytmiczny, potoczysty i melodyjny. Owa łatwość rymowania, o której pisał Boy-Żeleński, wyziera niemal z każdego wersetu. To ona sprawia, że utwór czyta się szybko i z przyjemnością, gładko przechodząc od jednej pieśni do drugiej.
Lucjan Rydel nie stworzył może arcydzieła, ale jego „Pan Twardowski” bez wątpienia jest frapującą lekturą. Zwłaszcza jeśli zestawi się go z innymi tekstami o słynnym szlachcicu spod Krakowa – czy to z balladą Mickiewicza, czy to z powieścią „Mistrz Twardowski” J.I. Kraszewskiego…
Polecam tropicielom literackich ciekawostek.
Wydawnictwo Avia Artis
2025
7/10

Komentarze
Prześlij komentarz