„Co składa się na życie, co nadaje mu sens? To dobroć i miłość do ludzi. Miłość przeciwstawia się śmierci; «tylko ona, a nie rozsądek, jest od niej silniejsza. Tylko ona, a nie rozsądek, daje dobre myśli»”[1].
W maju tego roku wydawnictwo Filia opublikowało książkę niezwykłą. Jest to niezbyt obszerny (nieco ponad dwieście stron) tekst autorstwa Kerstin Holzer, zatytułowany „Lato Thomasa Manna”.
Bardzo lubię twórczość Manna – „Śmierć w Wenecji” mnie zachwyca, a „Buddenbrookowie” i „Czarodziejska góra” (zwłaszcza „Czarodziejska góra”) to dla mnie ważne powieści – do lektury „Lata…” przystępowałam więc z pewnymi obawami. Jak się okazuje, niepotrzebnie.
Kerstin Holzer nie rości sobie pretensji do tytułu biografki niemieckiego noblisty; w istocie, jej książka nie jest klasyczną biografią. To liryczny opis jednego lata z życia Manna.
W połowie lipca 1918 roku Tomasz Mann opuszcza Monachium, aby przybyć nad jezioro Tegernsee w Bawarii. Towarzyszy mu spora świta: żona Katia i pięcioro dzieci, z których najstarsze ma dwanaście lat, a najmłodsze – zaledwie trzy miesiące, poza tym służąca, kucharka, „niemały pies i góra bagażu” (s. 15). Otoczone górami jezioro Tegernsee to „turkusowa, lśniąca sensacja” (s.52) – uroczy staw Klammerweiher, położony w pobliżu dawnego domu Mannów, nie może się z nim równać. Mannowie zamieszkują w Willi Defregger, z której rozciąga się wspaniały widok na okolicę. Stojąc na tarasie, pisarz widzi soczyście zieloną łąkę „z mleczami i stokrotkami, krzewami bzu, jabłoniami i niewielkim lasem” (s. 18), po prawej stronie ma „stromy i malowniczo zdziczały” ogród, a dalej – Alpy. Do posiadłości należą ponadto kamienista plaża, pomost, mała stanica wodna i łódź wiosłowa. Dzieci są w siódmym niebie: mogą biegać do woli, bawić się, łowić płotki. Rodzice cieszą się zasłużonym odpoczynkiem, z dala od zgiełku dużego miasta. Wieczorami pływają łódką po jeziorze. Na brzegu czeka na nich jeden z synów, a wraz z nim – wierny pies, Bauschan.
Jednakże to, co na pierwszy rzut oka wygląda na idyllę, w rzeczywistości wcale nią nie jest. W roku 1918 losy Wielkiej Wojny wydają się przesądzone. Inflacja galopuje. Życie na bawarskiej prowincji staje się – ku zdumieniu Manna – równie drogie jak na Lido, w Wenecji. Tygodniowa racja mięsa dla dorosłego człowieka drastycznie się zmniejsza, zbiory orzechów są konfiskowane, ceny owoców osiągają rekordowy poziom. Głód zagląda ludziom w oczy, kradzieże są na porządku dziennym, kwitnie kłusownictwo. Mannowie – mimo że czterdziestotrzyletni Tomasz, autor „sensacyjnego sukcesu”, jakim była saga o rodzinie Buddenbrooków, cieszy się ugruntowaną sławą – też borykają się z trudnościami. W dużej mierze dzieje się tak wskutek poczynionych kilka lat wcześniej niefortunnych inwestycji.
Lecz widmo ubóstwa nie jest największym z problemów, które spędzają pisarzowi sen z powiek. Znacznie bardziej martwią go wieści z frontu. Po czterech latach wojny klęska Niemiec jest nieuchronna, a Mann przymierza się właśnie do wydania traktatu pod tytułem „Rozważania człowieka apolitycznego”. Dzieło jest obszernym manifestem, w którym pisarz wyjawia swoje antydemokratyczne zapatrywania i silną wiarę w niemiecką potęgę militarną. Teraz, wobec niepowodzeń niemieckiej armii, wydanie „Rozważań” może jedynie przysporzyć mu wrogów i narazić na krytykę. Nie wspominając już o tym, że właśnie z powodu traktatu Tomasz Mann poróżnił się ze swoim bratem Heinrichem, zagorzałym demokratą.
Poza dużymi problemami pojawiają się również „pomniejsze” kłopoty: a to ból zęba, a to wizyta teściów, z którymi pisarz nie ma serdecznych relacji, a to znów choroby – „któreś z pięciorga dzieci zawsze jest chore” (s. 16). Wszystko to sprawia, że Tomaszowi brakuje sił do pracy nad wielkim dziełem, jakim pewnego dnia stanie się „Czarodziejska góra”.
Kerstin Holzer kreśli portret Manna z ogromnym wyczuciem. Umiejętnie i bez zbędnej egzaltacji przedstawia człowieka nietuzinkowego, który tak opisał niegdyś samego siebie: „ambitny, próżny, spragniony miłości, wrażliwy, zazdrosny, trudny. Niezadowolony, przesadny, zagubiony. Czasami przesadnie dumny, a zaraz potem nędzny” (s. 76–77). Nie ucieka od drażliwego wątku, jaki są „wstydliwe namiętności” autora „Śmierci w Wenecji”; wprost przeciwnie, podejmuje go z taktem i rozwagą. Tomasz Mann wie, że „każda forma inności czyni outsiderem” (s. 76), i bezustannie zmaga się z życiem. Próbuje przetrwać w świecie, który nazbyt łatwo feruje wyroki, i dostosować się do powszechnie akceptowanego wizerunku. „Boleśnie zna udręki ambiwalencji” (s. 77).
Dużo miejsca zajmują w książce obrazy z małżeńskiego życia Mannów. Katia Mann jawi się jako żona idealna. To chodząca wyrozumiałość. Wie, że poślubiła genialnego człowieka, i robi wszystko, żeby stworzyć mu możliwie najlepsze warunki do pracy. Gdy dzieci zbierają na łące ślimaki, aby uzupełnić swoje nędzne wyżywienie, Katia – ku zgorszeniu najstarszej córki – podtyka Tomaszowi najbardziej smakowite kąski, w tym mięso, zdobyte podczas „żebraczych wypraw” do pobliskich gospodarstw. Wizerunek tej niezwykłej kobiety, jakkolwiek wielopoziomowy i zajmujący, sprawia jednak wrażenie mocno wyidealizowanego – i jest to w moim odczuciu największy mankament tego (skądinąd znakomitego) studium.
Wielkim przymiotem książki jest natomiast język. Kerstin Holzer tka swoją opowieść z sugestywnych – chciałoby się nawet powiedzieć: impresjonistycznych – obrazów: jezioro, które oddycha, góry, las… Za pomocą słów utrwala ulotne chwile i chimeryczne wrażenia, tworząc niebywale liryczną, nastrojową całość. Czytając, łatwo przenieść się w wyobraźni nad Tegernsee, zobaczyć jego kolory i poczuć zapachy.
W tekście nie brakuje elementów humorystycznych. Autorka przedstawia Manna z należną genialnemu pisarzowi estymą, ale zdarza się jej również „pogrozić mu” przysłowiowym palcem. Gdy Tomasz uderza ukochanego psa laską, aby uratować życie zająca, Holzer kwituje epizod pytaniem: „Czy to naprawdę musiało się zdarzyć, panie Mann?” (s. 47).
„Lato Thomasa Manna” jest wyjątkową książką. Rzecz dzieje się latem 1918 roku, ale spojrzenie na bohatera jest znacznie szersze: czytelnik dowiaduje się o sprawach, o których niekoniecznie pisze się na kartach podręczników do literatury, i poznaje wielkiego pisarza od prywatnej, bardziej ludzkiej strony – jako człowieka, który zmaga się z ciężarem sławy, własnymi aspiracjami i samym sobą.
Dla kogoś, kto kocha „Czarodziejską górę” (jak ja) i chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o okolicznościach powstawania tej „cudownej powieści o myśleniu, miłości i umieraniu” (s. 221), dzieło Holzer będzie literacką ucztą.
To niebanalny, zaskakująco dobry tekst. Gorąco polecam!
Wydawnictwo Filia
Poznań 2026
Tłumaczyła Monika Kilis
7,5/10

Komentarze
Prześlij komentarz