Łatwo jest się kochać, kiedy wszystko wokół zdaje się sprzyjać miłości; znacznie trudniej utrzymać uczucie wobec prozaicznych problemów, kiedy do małżeńskiego życia niebezpiecznie zakrada się szara codzienność – oto przestroga, której Maria Rodziewiczówna udziela nam w powieści „Nieoswojone ptaki”, wydanej po raz pierwszy w 1901 roku. Bohaterką tej przejmującej – i bardzo posępnej w wymowie – historii jest młoda kobieta o imieniu Tola.
Tola bardzo wcześnie traci rodziców i jako małe dziecko zamieszkuje na wsi, w majątku swojego stryja, Kazimierza Łużyckiego. Stryj, który poza nią nie widzi świata, wychowuje ją w dość osobliwy sposób: dziewczynka jest wolna jak ptak, ale wiedzie życie z dala od ludzi. Początkowo nawet nie wie, że jest na świecie ktoś jeszcze oprócz stryja i garstki pozostałych domowników. Nic dziwnego, że wyrasta na odludka, a obce twarze budzą w niej lęk.
Pewnego dnia, już jako urodziwa młoda dziewczyna, Tola poznaje Jana Stankara, który przybywa w odwiedziny do majątku sąsiadującego z dobrami jej stryja. Stankar jest stojącym u progu kariery malarzem. Oczarowany Tolą, traci dla niej głowę i szybko zyskuje wzajemność. Okoliczności sprzyjają zakochanym – jest wiosna, wokół kwitną kwiaty i pachną zioła… Wszystko wskazuje na to, że zawarte w pośpiechu małżeństwo będzie udane. Kiedy jednak Stankarowie przeprowadzają się do Warszawy i zamieszkują w odrapanej, brudnej kamienicy, położonej w ciasnej uliczce, uczucie zaczyna przygasać. Sytuację pogarszają narodziny dziecka, którego nieustanny płacz drażni nerwy Stankara. Pojawiają się kłótnie i wzajemne pretensje, a w końcu Stankar porzuca rodzinę i wyjeżdża do Paryża. Tola, która z powodu niefortunnego małżeństwa poróżniła się ze stryjem, zostaje sama z córką, bez wsparcia najbliższych i bez pieniędzy. Na szczęście wokół są życzliwi ludzie, którzy w najtrudniejszych chwilach wyciągają do niej pomocną dłoń…
Przystępując do lektury starszych książek, warto pamiętać, że powstały one w określonej epoce historycznej i pod wpływem określonych uwarunkowań – w przeciwnym razie nawet awangardowe (jak na swoje czasy) teksty mogą wydać się naiwne i anachroniczne. Nie inaczej jest w przypadku „Nieoswojonych ptaków”. Na przełomie XIX i XX wieku, kiedy Rodziewiczówna pisała swoją powieść, spojrzenie na małżeństwo różniło się, rzecz jasna, od współczesnego. Wychodząc za mąż, kobieta stawała się niejako własnością męża, a rozwód był czymś nie do pomyślenia, zwłaszcza jeśli na świat przychodziły dzieci. Żony, które porzucały swoich małżonków, zwykło się odsądzać od czci i wiary, niezależnie od okoliczności, w jakich dochodziło do separacji. Rodziewiczówna zżyma się na ten krzywdzący obyczaj – i na małżeństwo w ogóle.
„Różnie bywa w małżeństwie!”, stwierdza jedna z bohaterek książki. „A pewnie, że różnie! (…) Albo żona zamęczy męża (…), albo mąż zamęczy żonę”, odpowiada inna. „No a ci, którzy dożyją wspólnej starości?”. „Ba, wojny bywały i trzydziestoletnie. Zależy od sił i wytrwałości”[1], pada roztropna odpowiedź, w której – jak nietrudno się domyślić – wybrzmiewa przekonanie samej autorki.
Rodziewiczówna nie oszczędza nikogo – ani prawników, którzy lekceważą niedolę ciemiężonych przez mężów żon, ani księży, którzy dla usprawiedliwienia własnej bierności szafują frazesami o nierozerwalności sakramentu.
Kobiety niezamężne bywały w owych czasach obiektem złośliwych przytyków. Nierzadko uważano je za godne współczucia. Rodziewiczówna występuje przeciwko temu schematowi. Najciekawszą bohaterką powieści jest Zarębianka – zażywna „stara panna”, która prowadzi wypożyczalnię książek, opiekuje się ubogimi dziećmi, uczy czytać i pisać „lokatorów poddaszy i suteren” (s. 54), a w razie konieczności wspiera ludzi w potrzebie. To ona w krytycznej chwili pomaga Stankarowej stanąć na nogi. Poprzez tę barwną postać Rodziewiczówna pokazuje, że kobieta wcale nie potrzebuje męża, żeby wieść godne życie, zarabiać na utrzymanie i spełniać się zawodowo. Ba, stan małżeński bywa przeszkodą w osiągnięciu samoświadomości i samospełnienia.
Powieść ma posępną wymowę. Wizja małżeństwa nastraja pesymistycznie – Rodziewiczówna nie może być posądzona o to, że boi się drastycznych scen. Lecz w książce są również jaśniejsze punkty. „Nieoswojone ptaki” to hymn ku czci kobiecej solidarności. Narcyza Żmichowska pisała niegdyś o przyjaźni między kobietami, określając ją mianem „posiostrzenia”. Rodziewiczówna podejmuje i rozwija wątek siostrzeństwa, a jej powieść ma wybitnie feministyczny wydźwięk. Porzucona przez męża, pozostawiona własnemu losowi, Stankarowa zdobywa zajęcie i przekonuje się, że potrafi zatroszczyć się nie tylko o siebie, lecz także wspomóc innych, bardziej potrzebujących. A wszystko to dzięki bezinteresownej życzliwości innych kobiet.
„Nieoswojone ptaki” nie są najlepszą powieścią Rodziewiczówny, jaką czytałam. To jednak mądra książka, która pod wieloma względami zachowała aktualność i która niesie ze sobą ważne przesłanie. Jest to krytyka małżeństwa w takim kształcie, w jakim funkcjonowało ono na przełomie XIX i XX wieku, a zarazem przestroga przed nazbyt pochopnym stawaniem na ślubnym kobiercu. Miłość nie zawsze jest trwałym spoiwem pomiędzy dwoma odległymi od siebie światami, zwłaszcza jeśli między niefortunnie dobranych małżonków wkradnie się rutyna i szara codzienność. „Przyroda jest mądra – w niej słowiki nie kojarzą się z orłami ani nie owocują ananasy na jabłoniach” (s. 169), poucza jeden z bohaterów powieści.
Nieoswojone ptaki można zamknąć w klatce, ale trzeba liczyć się z tym, że będą w niej marniały.
Wydawnictwo MG
Kraków 2024
6,5/10

Komentarze
Prześlij komentarz