„Więzienie, w którym zamykamy się sami, przestaje być więzieniem. (…) To jest cała wolność, jakiej możemy oczekiwać – wolność wyboru więzienia”[1].
Nie zawsze jest tak, że aby być szczęśliwym, potrzeba wiekopomnych słów, olbrzymiej fortuny czy heroicznych czynów. Życie bywa przewrotne i czasami do osiągnięcia szczęścia wystarczy jedno życzliwe zdanie, rozgwieżdżone niebo nad głową, wiatr we włosach albo… możliwość kichnięcia, kiedy ma się na to chęć. Temu przekonaniu – które z pozoru jest oczywiste, ale o którym często się zapomina – Lucy Maud Montgomery daje wyraz w powieści sprzed stu lat, zatytułowanej „Błękitny zamek”.
Główną bohaterką tej niepokaźnej pod względem rozmiarów, ale niebywale pięknej książki jest Valancy Stirling. Valancy mieszka z rodziną w Deerwood, w Kanadzie, i nie ma zbyt wielu powodów do radości. W chwili, gdy rozpoczyna się akcja powieści, stoi u progu dwudziestego dziewiątego roku życia. Wizja zbliżających się urodzin bynajmniej jej nie cieszy: mimo osiągnięcia tak „nobliwego” wieku Valancy nie wyszła dotąd za mąż, a „w jej środowisku niezamężne były tylko te panny, którym nie udało się złapać męża” (s. 5). Valancy wie, że ma pospolitą powierzchowność, i bardziej niż samo staropanieństwo boli ją fakt, że żaden mężczyzna nie okazał jej dotąd zainteresowania. Na domiar złego „życzliwi” krewni nie szczędzą jej pełnych politowania spojrzeń, uszczypliwych komentarzy ani złośliwych żarcików.
Valancy jest klasyczną szarą myszką. Mieszka w ponurym, nieładnym pokoju, pośród fotografii zmarłych członków rodziny, jada posiłki o stałych porach, nosi brzydkie sukienki, które zdaniem jej apodyktycznej matki są odpowiednie dla przyzwoitej dziewczyny, i spędza dnie na znienawidzonych, nudnych zajęciach, takich jak sztukowanie kołder na posag. „Stłamszona i zastraszona, ganiona i wyśmiewana” (s. 7), ze szczerym przerażeniem myśli o tym, że członkowie jej rodziny znani są z długowieczności i że być może przyjdzie jej spędzić na ziemi jeszcze kilkadziesiąt lat. Przed szarą rzeczywistością ucieka w świat rojeń: w marzeniach nie mieszka „w przebrzydłym budynku z czerwonej cegły przy Elm Street” (s. 7), lecz w Błękitnym Zamku w Hiszpanii, gdzie umizgują się do niej przystojni i mężni kawalerowie.
Wszystko zmienia się w chwili, gdy Valancy w tajemnicy przed rodziną odwiedza lekarza i staje twarzą w twarz ze straszną diagnozą: okazuje się, że cierpi na nieuleczalną chorobę serca i że ma przed sobą nie więcej niż rok życia. Zrozumiawszy, że dotąd nie żyła naprawdę, Valancy postanawia możliwie najlepiej wykorzystać czas, jaki jej pozostał. Wreszcie zaczyna robić to, na co ma ochotę, nie zważając na zgorszenie rodziny ani opinię otoczenia. Szara myszka przedzierzga się w odważną, zdeterminowaną kobietę…
Są książki, do których chętnie się powraca, a każdy taki powrót jest jak spotkanie ze starymi przyjaciółmi. „Błękitny zamek” należy do tych właśnie książek. Lucy Maud Montgomery stworzyła wspaniałą bohaterkę: Valancy to pełnokrwista postać, której zmaganiom z rodziną i z własnymi oporami po prostu chce się kibicować. Nie jest ucieleśnieniem wszelkich cnót, nie posiada nadzwyczajnej urody, niczym nie wyróżnia się z tłumu. Wprost przeciwnie, jest przeciętna, niepozbawiona ani wad, ani drobnych śmiesznostek, i na wskroś ludzka. Lubi marzyć, czytać książki, kupować sobie ładne rzeczy… Krótko mówiąc, jest kimś, z kim niemal każda dziewczyna może się identyfikować. Równie udany jest portret rodziny Valancy. Stirlingowie są przeczuleni na punkcie własnej reputacji, przywiązują wielką wagę do konwenansów i jak zarazy wystrzegają się wszystkiego, co mogłoby ośmieszyć ich w oczach pozostałych mieszkańców miasteczka. Zadufani w sobie, nie przejmują się tym, że drobnymi uszczypliwościami mogliby urazić czyjeś uczucia, skłonni są ferować wyroki bez refleksji, jedynie na podstawie zasłyszanych gdzieś strzępków informacji, a pieniądz jest w ich mniemaniu bardziej przekonujący niż najtrafniejsze argumenty. Opisując tę rodzinę, Montgomery opisała zarazem pewien typ ludzki. Takich ludzi jak Stirlingowie można spotkać w każdej społeczności, nie tylko w Deerwood z minionego stulecia.
Montgomery żarliwie kochała rodzinne strony – ten, kto czytał autobiograficzną „Alpejską ścieżkę”, dobrze o tym wie – i chętnie osadzała akcję swoich powieści w przepięknym kontekście kanadyjskiej przyrody. Tłem dla przygód Valancy nie jest jednak Wyspa Księcia Edwarda, lecz okolice jeziora Muskoka. W 1922 roku pisarka spędziła tam wakacje i zachwyciła się urodą tego miejsca. Czytając „Błękitny zamek”, wyraźnie wyczuwa się ów zachwyt. Powieść obfituje w sugestywne, a chwilami wręcz liryczne opisy. Muskoka czaruje mnogością barw, odcieni, kształtów i zapachów.
„Księżycowy blask powoli zaczynał srebrzyć taflę jeziora; na tle nieba pojawiały się ciemne sylwetki nietoperzy. Malutki wodospad, szumiący nieopodal na wysokim brzegu, wyglądał jak wspaniała kobieca postać w bieli. (…) Bardzo daleko na horyzoncie rysowała się grupa maleńkich wysepek zwanych «Wyspy Szczęśliwe». O wschodzie słońca wyglądały jak garść szmaragdów, a o zachodzie przybierały barwę ametystu. Na większych, zamieszkałych wysepkach wieczorami zapalały się światła, przy brzegach płonęły ogniska, rzucając na wodę ogromne, krwistoczerwone błyski” (s. 123).
„Błękitny zamek” jest dojrzałą, głęboko mądrą i bardzo piękną historią o odwadze, miłości i walce o szczęście. Montgomery udowadnia, że nie trzeba gwałtownych zwrotów akcji, aby lektura była pasjonująca; czasem spokojna opowieść o zwykłych ludziach potrafi wywołać ciepło w sercu i ująć ponadczasowym przesłaniem. Pisarka pokazuje również, ile dobrego może się wydarzyć, jeżeli zdobędziemy się na wykroczenie poza własne obawy, odrzucimy więzy, które nas krępują, i podążymy za marzeniami – nawet jeśli miałby nas za to spotkać ostracyzm ze strony otoczenia.
W bibliotekach książka znajduje się wśród literatury dla młodego czytelnika. Nie do końca się z tym zgadzam. To raczej baśniowy utwór dla dorosłych: im bardziej pokaźny jest bagaż doświadczeń, tym łatwiej jest dostrzec zawartą w tej powieści mądrość. Historia Valancy, ciepła, budująca i jakże urzekająca w swej prostocie, przywraca wiarę w życie i w marzenia.
Gorąco polecam!
Novus Orbis
Gdańsk 1993
Tłumaczyła Joanna Kazimierczyk
[1] Lucy Maud Montgomery, Błękitny zamek, tłum. Joanna Kazimierczyk. Novus Orbis, Gdańsk 1993, s. 125.

Kiedyś chyba czytałam, jeszcze jako dziecko, bo wiem, jak ta historia się kończy. :)
OdpowiedzUsuń